Garwolin: Władze się zwołują, a obywateli nikt nie pyta
20 października 2026 roku. W Garwolinie, w sali konferencyjnej Urzędu Miasta, w godzinach popołudniowych, kiedy większość ludzi wraca z pracy do domów, urzędnicy zasiądą do obrad. Miejsce jest pierwszorzędne — Staszica 15, adres, który mógłby być znany każdemu mieszkańcowi. Ale czy ktokolwiek się tym interesuje?
Jasna sprawa — w porządku obrad zawarte będą punkty, które w teorii powinny interesować społeczność. W teorii, bo w praktyce? Mówi się o sprawach, które w gruncie rzeczy są zestawem nudnych przekazów i technicznych detali, często zasłaniane „ładnymi“ słowami i obietnicami, które nigdy nie zostaną spełnione. A sam zazwyczaj Dom Kultury a to, że zamienią jedną kiczowatą lampę na inną w tym samym stylu.
Czy ktokolwiek spośród dziesiątek przesiadujących przy kawie w miejskiej knajpie, zastanawia się nad tym, co wyprodukują lokalni decydenci? Ważne jest tylko, żeby zamknąć temat. W czołówce porządku obrad z pewnością znajdziemy punkty dotyczące przetargów, zmian w planie zagospodarowania przestrzennego oraz być może krótką informację o zrealizowanych inwestycjach. Ale czy zmienią one życie Garwolina na lepsze? Zdecydowanie wątpliwe.
Władze wciąż mają w zanadrzu świetne pomysły, zapominając jednak o uczestnictwie obywateli w tworzeniu wizji ich miasta. Gdzie są konsultacje społeczne? Gdzie otwarte debaty, które pozwalałyby mieszkańcom wyrazić swoje zdanie? Nie, to nie jest hipokryzja. To jest smutna codzienność lokalnej polityki, gdzie jedynym celem staje się spokojne przetrwanie wśród krzesełek i delegacji.
Tak więc korzystając z nadmiaru czasu i służbowego kredytu zaufania, władze Garwolina zamierzają zrealizować swoje plany. Ale z jakim skutkiem? Kolejny raz zostaną podjęte decyzje za plecami tych, których powinny one dotyczyć. Obywatele — wcale nie jarzący się jakąkolwiek ideą — powinni być przynajmniej zaproszeni na takie spotkania. Ostatecznie, to ich miasto. To ich pieniądze. Ale kto by się tym przejmował?
W przyszłości, gdy Garwolin stanie się miniaturową makietą stagnacji i marazmu, a mieszkańcy opuszczą go, nikt nie zapyta, co poszło nie tak. Być może warto byłoby pomyśleć o tym, zanim znów zamkną się na korytarzach urzędów w cichym pokoju na parterze.
— R.M.

